Trudna nauka szwedzkiego

Nie zabierałbym głosu raz jeszcze, gdyby nie cała seria stwierdzeń – określając to dyplomatycznie – dalece odbiegających od szwedzkiej rzeczywistości, czy rzeczywistości ekonomicznej w ogóle. Pominę rozliczne pouczenia, budzące raczej rozbawienie, gdy pochodzą od kogoś, kogo publikacje raczej trudno znaleźć na międzynarodowym rynku wydawniczym, czy w indeksie cytowań nauk społecznych (SSCI). Skoncentruję się na zarzutach odnoszących się do meritum.

Strategia płacowa...
Zacznę od tego aspektu modelu szwedzkiego, który – wedle prof. Wojtyny – jest „uważany w literaturze za najważniejszy: wysoce scentralizowany system negocjacji płacowych”. Tak rzeczywiście było w literaturze lat 60. i 70., kiedy liczni zwolennicy majsterkowania makroekonomicznego keynesowskiej proweniencji uznali ten model za atrakcyjny. Warto jednak wiedzieć cokolwiek o tym, czemu służyć miały scentralizowane negocjacje płacowe i jakie były ich efekty dla długookresowego wzrostu gospodarczego i konkurencyjności szwedzkiej gospodarki.
Otóż scentralizowane negocjacje płacowe i narzucona pracodawcom polityka wysokich przyrostów płac nominalnych miała w strategii rządzących szwedzkich socjaldemokratów i związków zawodowych dwa cele: społeczny (egalitaryzm) i ekonomiczny. Pozostawmy na boku cel społeczny; przyjrzyjmy się natomiast ówczesnej strategii ekonomicznej. Otóż za jednakowymi i wysokimi, na poziomie najbardziej wydajnych przemysłów, wzrostami płac stała dość szczególna idea. Przemysły o wolno rosnącej wydajności miały być z m u s z a n e do szybkiego wzrostu płac po to, aby zmusić je do szybszego wzrostu wydajności lub bankructwa. W tym drugim przypadku zwolnieni pracownicy przechodziliby do nowoczesnych, wysoko wydajnych gałęzi. Był to przykład typowej mentalności majsterkowicza: zastępowanie naturalnych procesów rynkowych regulacjami, wymuszającymi określone zachowania. Ta strategia byłą częścią ówczesnego szwedzkiego modelu, do którego zaliczyć należy m.in., zwłaszcza od końca lat 60., bardzo szybki wzrost obciążeń podatkowych, finansujących rozbudowywane welfare state i zmierzających do egalitaryzmu w zakresie dochodów. Warto o tym pamiętać, jak również o niezwykłej głębokości ingerencji regulacyjnej w sprawach ekonomicznych i społecznych przez cały okres aż do głębokiego kryzysu wczesnych lat 90.

...i jej niezamierzone skutki
Skutki strategii zastępowania rynku jednakowymi przyrostami płac były dla szwedzkiego przemysłu – wbrew ogólnikowym pochwałom ze strony mojego adwersarza – f a t a l n e. Rzeczywiście udało się doprowadzić do bankructwa większą część przemysłu lekkiego (włókienniczego, odzieżowego, obuwniczego, itd.), który nie był w stanie oferować takich przyrostów płac, do jakich został zmuszony. Udział tych gałęzi w produkcji przemysłowej spadł w rezultacie znacznie szybciej niż gdzie indziej w Europie zachodniej. Natomiast, co nie powinno być zaskoczeniem, w niewielkim stopniu rozwinęły się wydajne gałęzie przemysłu, o wysokiej innowacyjności i zdolności adaptacji do zmieniających się wymagań rynku. Zarówno innowacyjność, jak i przedsiębiorczość wymagają określonych warunków, o czym pisałem poprzednio. Tu dodam jedną opinię. Mauricio Rojas, lewicowy emigrant z Chile, po latach pobytu w Szwecji wyleczony – jak się z daje – z lewicowych ciągotek skomentował to następująco: „Zrównywanie dochodów i w tym samych czasie oczekiwanie, że ludność będzie inwestować swój czas i zasoby w doskonalenie zawodowe oraz tworzenie rzeczy nowych jest, po prostu, absurdem” [2005]. Nic dodać, nic ująć.
W efekcie tych wszystkich działań szwedzki przemysł przetwórczy skurczył się dramatycznie i już latach 70. był najmniejszy w relacji do PKB ze wszystkich krajów zachodnioeuropejskich. Tak już zresztą zostało: w latach 1976-94 przyrost produkcji przemysłowej wynosił 1/3 średniej dla całego obszaru OECD! Konkurencyjność szwedzkiego przemysłu „poprawia” się natomiast, co jakiś czas, w wyniku głębokiej dewaluacji korony. Jest to zresztą główny powód niechęci rządzących socjaldemokratów do przyjęcia wspólnej waluty; kurs walutowy przestałby być bowiem instrumentem korygowania strukturalnych niewydolności.
Z drugiej strony tak podkreślany przez prof. Wojtynę argument na rzecz opisywanego tutaj modelu, w postaci niskiego w przeszłości bezrobocia, jest argumentem właśnie ahistorycznym, mimo iż to mnie mój adwersarz zarzuca takie podejście. Bowiem w latach 50.-60. XXw. stopa bezrobocia w całej prawie zachodniej Europie wynosiła 1-2% i Szwecja nie była tutaj jakoś szczególnie różna od innych krajów.

Fałszywy obraz niskiego bezrobocia
Sukcesy w obszarze rynku pracy nie były nigdy czymś rzeczywistym. W okresie szybkiego wzrostu Europy zachodniej szwedzki model nie wyróżniał się – jak to podkreśliłem powyżej – niczym szczególnym. Natomiast później, szwedzkie sukcesy były co najmniej wątpliwe. Po pierwsze, stale kurczący się sektor prywatny w przemyśle i nie tylko nie był w stanie wchłonąć siły roboczej; pozostawało więc tylko zatrudnienie w sektorze publicznym, które w rezultacie jest najwyższe wśród krajów rozwiniętych. Po drugie, od kryzysu wczesnych lat 90., kiedy załamał się tradycyjny model szwedzki i nie dało się już zwiększać zatrudnienia w sektorze publicznym w nieskończoność, i gospodarka szwedzka w ogóle nie wchłania już siły roboczej. Nie tak dawny raport ekonomistów szwedzkich i amerykańskich zwrócił uwagę na to, że Szwecja (i Finlandia) są j e d y n y m i krajami, w których wzrost gospodarczy nie powoduje wzrostu zatrudnienia.
Chwaląc model szwedzki, warto też pamiętać, że nadmierna wiara w oficjalne statystyki bywa czasem zwodnicza. Prof. Wojtyna zna tak samo dobrze jak inni np. termin z finansów publicznych: „zamiatanie pod dywan”. Podobnie wygląda sytuacja ze szwedzkimi danymi z rynku pracy. Jak to się dzieje bowiem, że szwedzka gospodarka nie wchłania siły roboczej, a bezrobocie oficjalne w ub.r. wyniosło tylko 6.3%? Otóż, jak wskazują kolejne raporty, instytucji publicznych i prywatnych, bezrobotni „wypychani” są ze statystyk bezrobocia i rzeczywista stopa bezrobocia znacznie wyższa. Już w latach 90. dwóch autorów szwedzkich w raporcie dla OECD wskazywało, iż rzeczywista stopa bezrobocia sięgała nawet 12%. Inni analitycy szwedzcy zwracają uwagę na opinie związanych z socjaldemokracją związków zawodowych, gdzie ocenia się, iż poza rynkiem pracy – w różnych formach (bezrobotnych jako takich, bezrobotnych na rozlicznych szkoleniach, na rentach inwalidzkich, itd.) – znajduje się 20-25% siły roboczej! Niedawny raport firmy McKinsey (patrz Financial Times, 15.06) ocenia poziom bezrobocia na 15% - i przewiduje, że poziom ten wzrośnie jeszcze bardziej w przyszłości.
A tak w ogóle, to chwaląc model szwedzki i niegdysiejsze – a jak widać w odniesieniu do rynku pracy naciągane – sukcesy, warto zastanowić się nad tym, gdzie zaczyna się historyczne, czy ahistoryczne podejście do problemu. Prof. Wojtyna widzi sukcesy w ówczesnym modelu szwedzkim. Dobrze byłoby jednak spojrzeć jeszcze bardziej wstecz. W latach 1890-1950 liberalna gospodarka Szwecji rosła najszybciej na świecie. Tak więc, można by spojrzeć na tradycyjny model szwedzki inaczej. Otóż 60 lat zdrowej gospodarki kapitalistycznej wystarczyło, aby szwedzkie państwo socjalne mogło żerować na efektach modelu liberalnego bez załamania gospodarki przez następnych 25-30 lat.

To nie ten model!
Połowa nieporozumień bierze się stąd, że prof. Wojtyna zna tylko ów anachroniczny model szwedzki, przedstawiony powyżej (którego efekty, jak starałem się to wykazać, są łagodnie mówiąc nienajlepsze). Mój adwersarz w ogóle nie zauważył, że ten model zakończył dawno swój żywot. Tymczasem model skandynawski, ze Szwecją jako głównym punktem odniesienia w moim artykule, to model w sporej mierze inny. Nawet brukselscy biurokraci – nieznani raczej jako zwolennicy doktryny wolnorynkowej – i marzący o flexicurity nie wierzą w model, o który chce kruszyć kopie prof. Wojtyna...
Model skandynawski, to kompromis między państwem socjalnym, opartym na bardzo wysokich podatkach potrzebnych do utrzymania rozbudowanych wydatków socjalnych i elastycznym systemem regulacyjnym. Rządząca najczęściej w tych krajach lewica doszła już dawno do wniosku (do którego jak widać nie doszedł jeszcze prof. Wojtyna!), iż nie da się utrzymać rozbudowanego wszerz i w głąb systemu regulacyjnego i ogromnych wydatków publicznych j e-
d n o c z e ś n i e. I postanowili zrezygnować z nadmiernej regulacji, mając nadzieję, że pozwoli im to utrzymać rozbuchane wydatki publiczne państwa socjalnego.
I mój artykuł starał się pokazać, że w dłuższym okresie te nadzieje są płonne. Skoro nie ma szans w kraju wysokich podatków na dynamiczną przedsiębiorczość (wyjaśniałem dlaczego i pokazywałem dane), to trzeba możliwości przyspieszenia i korzystnych zmian strukturalnych szukać w badaniach naukowych i innowacyjności. I znowu, mojemu adwersarzowi brak wiedzy historycznej o gospodarce szwedzkiej. Ironizuje więc, na swój sposób, że pokazuję korelacje danych B+R dla jednego roku i poziom PKB per capita osiągany w długim okresie. Ale nie wie, że Szwecja, podobnie jak uwzględnione w przykładzie Niemcy, wydają 2-3% PKB na badania rocznie od lat 60. A 40 lat to dostateczne podstawy do porównań.
Czy wydatki na B+R są niepotrzebne? – ironizuje prof. Wojtyna. Być może ma on do wpływu tych wydatków na wzrost gospodarczy stosunek taki, jak na owych transparentach, wiszących za Gierka w salach konferencyjnych: „Nauka bezpośrednią siłą produkcyjną!”. Ja mam w odniesieniu do wpływu tych wydatków pogląd znacznie ostrożniejszy. Aby przekuć wydatki na B+R we wzrost gospodarczy trzeba pewnego poziomu kompetencji ekonomicznej. Ten poziom zmienia się wraz ze wzrostem gospodarczym i cechami instytucjonalnymi.
I jeśli np. Polska wydawać będzie obecnie 3% PKB na badania, to znaczna część tych wydatków jest nie tylko niepotrzebna, ale nawet szkodliwa. Odciągnie bowiem wartościowy kapitał ludzki od bardziej efektywnych przedsięwzięć. W przypadku Szwecji problem jest inny. Mimo osiągniętego poziomu rozwoju, instytucje gospodarcze, stwarzające bariery dla innowacyjności, powodują, że efekty te są (i będą, bez zmian instytucjonalnych) niewielkie. Jest to także opinia samych Szwedów. Np. prof. Klas Eklund oceniał, iż mimo starań szwedzkim firmom – z niewielkimi wyjątkami – nie udało się spenetrować sektorów wysokiej technologii. Uważał, że szwedzka gospodarka znajduje się w zagrożonej pozycji z punktu widzenia konkurencyjności (którą też zachwyca się mój adwersarz!). Szwecja konkuruje często na rynku światowym – pisał Eklund – w segmentach niskiej i średniej technologii, co powoduje, że jest ona narażona na rosnącą konkurencję kosztową ze strony krajów mniej zamożnych. Można tu dodać, że jeden Eriksson (wyprowadzający się stopniowo ze Szwecji), czy subsydiowane przez państwo w zakresie produkcji samolotów wojskowych koncerny nie czynią wiosny.

Nie trzeba kryształowej kuli
Z jakichś powodów niesłychanie irytuje prof. Wojtynę to, że stwierdzam, iż facelifting modelu szwedzkiego nie przyniesie w dłuższym okresie sukcesu. Otóż to, co napisałem powyżej wyjaśnia – na przykładach ze szwedzkiej gospodarki – że przyspieszenie w wyniku daleko idącej deregulacji jest n i e w i e l k i e, zaś efekty na rynku pracy są ż a d n e. Pozostaje jeszcze „socjal”, którego model skandynawski broni, licząc na wzrostowe efekty deregulacji.
I tutaj odpowiedź przynosi nam demografia. Wydatki publiczne, od osiągnięcia szczytu w 1993r. (73% PKB!!) już zmniejszyły się jako udział w PKB o 7-8%. Po prostu zbyt mały sektor prywatny nie był a stanie udźwignąć takich wydatków publicznych. Tymczasem zmiany proporcji między pracującymi i emerytami na niekorzyść tych pierwszych są nieuchronne. A to spowoduje presję na wzrost wydatków.
Kolejny wzrost wydatków publicznych i dalsza redukcja bodźców do pracy, zarabiania, oszczędzania i inwestowania zmniejszy jeszcze efektywność szwedzkiej gospodarki i spowolni wzrost gospodarczy, dalej zwiększając bezrobocie (rzeczywiste, a może i oficjalne). Bardziej prawdopodobny scenariusz, to próba utrzymania obecnego – i tak patologicznie wysokiego – poziomu wydatków publicznych. Ale i ten scenariusz jest nie do utrzymania. Bowiem malejąca liczba pracujących i rosnąca liczba emerytów, rencistów, bezrobotnych i quasi-bezrobotnych spowoduje albo zwiększenie obciążeń podatkowych (z efektami jak w scenariuszu pierwszym), albo redukcję świadczeń per capita, czyli odkrawanie kolejnego plasterka od państwa socjalnego.

Zamiast zakończenia
Mógłbym jeszcze zająć się rozmaitymi stwierdzeniami w cytowanej przez mego adwersarza literaturze, najczęściej rozmaitych majsterkowiczów starających się wykazać na różny sposób, iż nie ma logicznych, czy teoretycznych podstaw, by uznać wolnorynkowy model kapitalizmu za najlepszy. Zgadzam się z nimi, że dla ludzi o takich poglądach najlepszy jest kapitalizm socjalistyczny, albo do niego zbliżony. Natomiast moja rada jest taka, by nie przywiązywać do tych stwierdzeń zbytniego znaczenia. Wystarczy spojrzeć na Anglię vis-a-vis innych dużych krajów Zachodniej Europy, czy na USA w porównaniu z Europą zachodnią. Czy pod względem wzrostu PKB, czy jeszcze bardziej zatrudnienia, gołym okiem widać, kto rozwija się szybciej i stwarza szanse swoim obywatelom.

*Odpowiedź na polemikę prof. A. Wojtyny wysłana do dziennika "Rzeczposplita".


Strona Glówna | Publikacje | Wyklady | Biografia | Felietony | Różne
   Designed by malit & izi-it.